Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Prawo i Korporacjonizm - jak PiS podporządkowuje sobie związki zawodowe

  • Dział: Strategie związkowe
Artykuł ukazał się w numerze 09/139 miesięcznika Le Monde Diplomatique – edycja polska (wrzesień 2017 r.)

W cieniu prób przejęcia kontroli nad systemem sądownictwa i ataków na organizacje pozarządowe, Prawo i Sprawiedliwość stopniowo próbuje podporządkować sobie także ruch związkowy. W tym celu z jednej strony dąży do ograniczenia uprawnień mniejszych związków zawodowych, a z drugiej zacieśnia kontakty z NSZZ Solidarność marginalizując inne centrale. Celem tych działań jest ograniczenie do minimum jakiejkolwiek aktywności społecznej niezależnej od rządu i spacyfikowanie wszelkich potencjalnych źródeł krytyki aktualnej władzy. 

Wzorem XX-wiecznych ruchów faszystowskich, PiS wyraźnie dąży do stworzenia korporacyjnego modelu stosunków pracy, w którym de facto istnieje tylko jeden związek zawodowy, ściśle zintegrowany z aparatem państwowym i partyjnym. Ponieważ w XXI w. w Europie takiego stanu rzeczy nie da się osiągnąć po prostu metodami dyktatorskimi, korporacjonizm budowany jest przez serię pozornie drobnych zmian prawnych podważających pluralizm związkowy.

Pluralizm związkowy – wspólny problem elit

Od lat 90. XX w. stosunki pracy w Polsce charakteryzują się pluralizmem związkowym, w ramach którego pracownikom i pracownicom stosunkowo łatwo jest powołać nowy związek zawodowy, a w jednym miejscu pracy działać może kilka różnych organizacji związkowych. Różnice w prawach jakie im przysługują zależą od tego, czy uda im się uzyskać status organizacji reprezentatywnych. 

W polskim prawie pracy, reprezentatywność ma dwa poziomy: krajowy i zakładowy. Na poziomie krajowym status taki mają związki zrzeszające co najmniej 300 tys. członków i członkiń (NSZZ Solidarność, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych oraz Federacja Związków Zawodowych). Reprezentatywność na poziomie krajowym daje im prawo do uczestnictwa w pracach Rady Dialogu Społecznego oraz opiniowania projektów aktów prawnych. Na poziomie zakładowym reprezentatywność daje natomiast większy wpływ na negocjowanie warunków pracy i płacy (pracodawca może pomijać organizacje niereprezentatywne) oraz prawo do wskazania większej liczby osób, które podlegają „ochronie” przed zwolnieniem z pracy. Aby być reprezentatywnymi na poziomie zakładu pracy, organizacje związkowe należące do „Solidarności”, OPZZ i FZZ muszą zrzeszać 7% załogi, a pozostałe związki zawodowe – 10%. Jeśli żadna organizacja działająca w danym zakładzie nie spełnia tych kryteriów, reprezentatywną staje się organizacja z największą liczbą członków i członkiń.

Wielość i różnorodność organizacji związkowych szybko stała się kwestią jednoczącą elity polityczne, pracodawców oraz trzy główne centrale. Od lat powracają więc apele o podniesienie progów reprezentatywności dla mniejszych związków oraz ograniczenie uprawnień organizacji niereprezentatywnych. Pracodawcy i rząd chcą w ten sposób ograniczyć potencjalną liczbę organizacji kwestionujących ich działania i wzmocnić „odpowiedzialne” (ugodowe) związki zawodowe, a trzy główne centrale – skonsolidować swoją hegemonię. Do tej pory wezwania te kończyły się co najwyżej artykułami w prasie, jednak od zdobycia władzy przez PiS w 2015 r. groźba przekształcenia ich w konkretne akty prawne staje się coraz bardziej realna.

Umacnianie wielkich central

Pierwszym krokiem w tę stronę był projekt zmian w ustawie o związkach zawodowych przygotowany w marcu 2016 r. przez Ministerstwo Pracy, a obecnie omawiany w Stałym Komitecie Rady Ministrów. Jeśli zostanie on zaakceptowany, progi reprezentatywności na poziomie zakładowym zostaną podniesione dla Solidarności, OPZZ i FZZ do 8%, a dla pozostałych związków aż do 15%. Dotychczasowa różnica 3 punktów procentowych pomiędzy „dużymi” i „,małymi” związkami urośnie więc do 7. Projekt zakłada także wzmocnienie pozycji organizacji związkowych reprezentatywnych na poziomie zakładowym poprzez nadanie im wyłącznego prawa do konsultowania zamiaru skorzystania przez pracodawcę z usług agencji pracy tymczasowej oraz delegowania przedstawicieli do komisji wybierających dyrektorów instytucji kultury. Do tej pory oba te uprawnienia przysługiwały wszystkim związkom bez względu na ich liczebność.

Równolegle, z inicjatywy Ministerstwa Pracy w Radzie Dialogu Społecznego omawiany jest projekt zmian w zasadach organizowania akcji strajkowych, który ograniczy związkom niereprezentatywnym możliwość samodzielnego prowadzenia sporów zbiorowych i akcji strajkowych. Przygotowana w lutym br. nowa wersja ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych nakazuje wszystkim związkom zawodowym z danego zakładu tworzyć „wspólną reprezentację” podczas rokowań i mediacji poprzedzających strajk. W przypadku gdyby z powodu różnicy zdań takiej reprezentacji nie udało się stworzyć, spór może być kontynuowany tylko, jeśli wolę prowadzenia go wyrazi co najmniej jedna organizacja reprezentatywna – w przeciwnym wypadku możliwość zorganizowania legalnej akcji strajkowej zostaje zablokowana. Organizacjom reprezentatywnym będzie także przysługiwało prawo do podpisywania z pracodawcą porozumień kończących spór z pominięciem sprzeciwu organizacji niereprezentatywnych. 

Choć strajki rzadko się w Polsce zdarzają, to jednak są one narzędziem, z którego obecnie w takim samym stopniu mogą korzystać związki reprezentatywne i niereprezentatywne. Deklarowana przez ministerstwo chęć „wzmocnienia” tych pierwszych pogłębi już istniejące różnice i może stać się jedną z większych barier rozwoju dla mniejszych organizacji związkowych.

Wzmacnianie dużych central nie pozostaje jednak tylko w sferze planów: PiS dokonało go już w praktyce przy okazji zmian w ustawie o systemie szkolnictwa w lipcu 2016 r. Proponowana przez rząd nowelizacja miała na celu głównie zmiany w procedurze odwoławczej od wyników matur i egzaminów oraz zasad rozliczania dotacji oświatowej. Podczas debaty sejmowej PiS zgłosił jednak poprawkę zmieniającą zasady wyboru dyrektorów i dyrektorek szkół. Do tej pory każda organizacja związkowa działająca w danej szkole miała prawo delegować do komisji konkursowej po jednym przedstawicielu. Zgodnie z poprawką Prawa i Sprawiedliwości, prawo do zgłaszania przedstawicieli do komisji miałoby przysługiwać wyłącznie tym organizacjom związkowym, które należą do central reprezentatywnych na poziomie krajowym. Poprawka została przyjęta bez większego sprzeciwu, a 6 lipca 2016 r. prezydent Andrzej Duda ustawę podpisał, ograniczając mniejszym związkom zawodowym wpływ na wybór dyrektorów szkół, który w branży edukacji jest jednym z ważniejszych uprawnień związkowych.

Szczególna pozycja NSZZ Solidarność

Chociaż wprowadzone i procedowane zmiany zbiorowego prawa pracy traktują tak samo wszystkie centrale reprezentatywne na poziomie krajowym, to cały szereg działań PiS jest nakierowany na wzmocnienie pozycji tylko jednej z nich – NSZZ Solidarność.

Zbliżenie PiS i Solidarności zaczęło się jeszcze przed ostatnimi wyborami prezydenckimi. Związek podpisał wtedy z Andrzejem Dudą „umowę programową”, w ramach której Komisja Krajowa Solidarności oficjalnie udzieliła mu poparcia, a kandydat PiS na prezydenta zobowiązał się m.in. do działań na rzecz obniżenia wieku emerytalnego, podwyższenia płacy minimalnej i walki z umowami śmieciowymi. Rok później przewodniczący Solidarności zadeklarował publicznie, że „postulaty Solidarności zostały w 100% zrealizowane przez rząd PiS” i że „nie ma obecnie powodów do protestowania”.

Stosunkowo szybko za deklaracjami poszły czyny: w listopadzie ub. r. oświatowa Solidarność odwdzięczyła się PiS-owi torpedując inicjatywę Związku Nauczycielstwa Polskiego, który ogłosił przygotowania do strajku przeciwko reformie edukacji likwidującej gimnazja. Podczas przygotowań do akcji protestacyjnej, struktury Solidarności odcięły się od protestów i kolportowały stanowisko zarzucające ZNP organizację „nielegalnego strajku”. Chociaż ostatecznie 31 marca odbył się jednodniowy strajk generalny edukacji, to nie powstrzymało to reformy, na skutek której pracę straciło do tej pory ok. 45 tys. osób. PiS użył także „S” do spacyfikowania protestów pracowników i pracownic służby zdrowia skupionych w Porozumieniu Zawodów Medycznych. Porozumienie, zrzeszające 9 związków różnych grup zawodowych w służbie zdrowia domagało się podwyżek płac, ale zamiast rozmawiać z nimi, premier Beata Szydło o wynagrodzeniach wolała rozmawiać z „Solidarnością Ochrony Zdrowia”, która do Porozumienia nie przystąpiła i od protestów się odcięła.

W podobny sposób PiS podszedł do kwestii ograniczenia pracy w handlu w niedziele: sejm proceduje obecnie projekt obywatelski przygotowany przez Solidarność, a „autopoprawki” zgłaszają do niego posłowie partii rządzącej (m.in. były przewodniczący „S” Janusz Śniadek) – debata toczy się więc poza Radą Dialogu Społecznego i z pominięciem głosów innych organizacji związkowych (np. OPZZ, które zamiast zakazu preferuje wyższe dodatki do płac i chce rozciągnięcia ograniczeń na mniejsze sklepy).

Partia rządząca samodzielnie wybiera więc z którymi związkami zawodowymi będzie rozmawiać, chociaż wcale niekoniecznie są to organizacje najliczniejsze czy najbardziej znaczące w danej branży. Przekaz tych działań jest stosunkowo prosty: „jeśli chcecie coś wygrać, musicie należeć do Solidarności, inne związki są dla nas bez znaczenia”. W rewanżu otrzymuje nie tylko „związkową legitymizację” swoich działań, ale i wsparcie na polu ideowym: Solidarność wsparła rząd m.in. podczas protestów przeciwko zaostrzeniu dostępu do aborcji (pozywając organizatorki Strajku Kobiet za „wykorzystanie loga związku”), czy podczas sporu o Trybunał Konstytucyjny (kiedy Piotr Duda z „S” zapowiadał „nakrycie czapkami opozycji”).

Korporacjonizm XXI w.

 „Dobra zmiana” w stosunkach pracy nie jest radykalną rewolucją, ale raczej mozolnie tworzoną reformą, składającą się z serii drobnych zmian, gestów i deklaracji. Nie oznacza to jednak, że jest bez znaczenia: na poziomie praktycznej, codziennej działalności związkowej nawet stosunkowo niewielkie podwyższenie progów reprezentatywności czy zawężenie katalogu organizacji uprawnionych do konsultowania zmian w warunkach pracy wpływa negatywnie na możliwości działania mniejszych związków zawodowych. A te mniejsze możliwości przekładają się następnie na niższą liczebność i mniejsze zdolności mobilizacyjne. Wizja, w której ruch związkowy zostanie trwale zdominowany przez faworyzowaną przez PiS Solidarność jest więc jak najbardziej realną i groźną perspektywą. Wbrew popularnemu mitowi „socjalnego” i „propracowniczego” PiS-u wcale nie oznacza to poprawy sytuacji świata pracy: w ten sposób traci on bowiem autonomię i sprawczość i jest zdany na łaskę i niełaskę obozu rządzącego. Korzyści dane „jedną ręką” (wyższa płaca minimalna, niższy wiek emerytalny, minimalna płaca godzinowa dla zleceniowców) bardzo szybko mogą zostać zabrane drugą – czy to poprzez zwolnienia będące skutkiem reform, czy to na skutek przymykania oka na łamanie praw pracowniczych przez międzynarodowy kapitał, który PiS bardzo chce przyciągnąć do Polski obiecując szereg ulg i zwolnień podatkowych. W tym kontekście porównanie polityki obecnego rządu do faszystowskiego korporacjonizmu jest jak najbardziej na miejscu. Podobnie jak we frankistowskiej Hiszpanii czy Portugalii Salazara prosocjalne działania władz są częścią szerszej strategii pacyfikacji ruchu pracowniczego i zagwarantowania sobie spokoju na polu stosunków pracy.

Jakub Grzegorczyk